Sunday, December 03, 2006

TO ROCOCO ROT




Friday, December 01, 2006

OPOWIADANIE O MIŁOŚCI

REKLAMA Do opowiadania o miłosci dołączona jest płyta z najpiękniejszymi piosenkami o miłosci (Bajm, Coma, Robert Janson, Kasia Kowalska i inni) REKLAMA

Czasem słońce, czasem deszcz
Siedziałem w barze.
Picie sprawiało mi przyjemność.
Z głośników leciało „The Jesus and Mary Chain”, płyta „Psychocandy”, piosenka „Inside me”. Mimo to pomyślałem, że czas wracać.Czas wracać, pomyślałem i udałem się do wyjścia. Wychodząc, myślałem, że następna będzie piosenka „Sowing seeds”.
To zdecydowało o tym, że jednak postanowiłem zostać.
Tym bardziej, że po „Sowing seeds” miało być „My little underground”
A to już preludium do prawdziwego hitu – „You trip me up”.
Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Zamówiłem jeszcze jedno piwo i zacząłem rozmowę z dziewczyną siedzącą przy barze. Powiedziałem jej o płycie „Psychocandy”, wymieniłem wszystkie utwory po kolei, od początku do końca, później nawiązując do filmu „Pulp Fiction”, od końca do początku, a następnie nawiązując do „Gry w klasy”, według tylko mi znanego, uniwersalnego klucza, który tworzył z Psychocandy zupełnie nową jakość.
- Od jak dawna interesujesz się muzyką? – zapytała zafascynowana logiką mojego wywodu.
- Od jakiegoś czasu – odpowiedziałem szczerze. – Ale nie traktuj tego w kategoriach zainteresowania, hobby czy też konika.
- Więc jak mam traktować kogoś, kto tworzy takie wariacje na temat jednej płyty, w dodatku takiej... niszowej.
- Możesz mnie potraktować dowolnie. Zresztą, skąd pewność, że mówiłem prawdę? Może po prostu zmyśliłem sobie te wszystkie tytuły, a taki zespół w ogóle nie istnieje...
- Wali mnie to! Tu nie chodzi o kłamstwo, ani o prawdę. Ludzie nie oczekują od ciebie nic więcej poza słowami. Słowa... tylko one są ważne, dopóki są. Kiedy znikają, zanika pojęcie prawdy i fałszu!
- Hm – powiedziałem.
- Zofia – podała mi rękę. – Studiuję filozofię na wydziale nauk społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego.
- Hm – powiedziałem.
- Fascynuje mnie Nietzsche i jego teoria nadczłowieka. A ciebie co kręci?
- Kręcą mnie zadbane dziwki, dobra szama i porządna muzyka.
- Hm – powiedziała
- ... - nic nie powiedziałem
- O! Poznaj moją koleżankę – pomachała w stronę dziewczyny, która zbliżała się do nas. – Poznajcie się!
- X – przedstawiłem się
- Y – przedstawiła się i podała mi dłoń pokrytą gąszczem kurzajek.
- Co ci się stało?! – zapytałem nieukrywanym z obrzydzeniem.
- To warstwa ochronna, znak od boga. Rodzaj stygmatu - powiedziala Y.
- Niedługo będą o niej mówić na salonach Watykanu – powiedziała Zofia. – Mówię całkiem poważnie. Jej dłonie sfilmował już nasz kolega z roku, Zygmunt, a jutro wrzucamy film na youtube. Jesteśmy na etapie zastrzegania tych znaków w izbie patentowej – zgarniemy potem niezłą kaskę za prawa do nakręcenia filmu, na podstawie którego napiszą książkę, albo napisania książki, na podstawie której nakręcą film.
- Całkiem przedsiębiorcza jesteś jak na studentkę filozofii - zauwazylem.
- Jesteśmy rocznikiem eksperymentalnym. Studiujemy nowoczesny kierunek idący z duchem czasów - czasów w których przyszło nam żyć - czasów internetu i wielkiej finansjery popartej politykami z najwyższych kręgów władzy. Przy tym nadajemy tej nowoczesnej co prawda dyscyplinie, jaką jest ekonomia, wymiar uniwersalny – konfrontujemy ją z głęboko pojętą humanistyką.
- Hm... – powiedziałem.
- Hm, hm – uśmiechnęła się chytrze Y. – Ty mi tu nie humkaj, tylko powiedz, że to najgenialniejsza rzecz, jaką usłyszałeś w swoim krótkim, zasranym, pofajdanym życiu, mały chujku!
- Y, nie przesadzaj, nie bądź taka... okrutna – szepnela Zofia i pocałowała ją w usta.
- Nie dziw się... Jesteśmy lesbijkami, żyjemy ze sobą.
- Nie ma sprawy – powiedziałem. - Skoro studiujecie tak nowoczesny kierunek, stać was pewnie na odrobinę ekstrawagancji.
- Nasza miłość, to nie jest ekstrawagancja. Czujemy naprawdę!
- Co tu się dzieje? – usłyszałem znajomy głos.
- Mundek – ucieszyłem się. – Poznaj koleżanki - Zofia i Y!
- Cześć, jestem Mundek. Jakoś nie wierzę w to, co mówisz...
- Gówno mnie to obchodzi, co sobie myślisz! Skąd jesteś?
- Dla kogo robisz? Ile bierzesz? Kogo znasz? Z kim śpisz? Co ćpasz? Kogo słuchasz? Co czytasz? Skąd przybywasz? Dokąd zmierzasz? Kim jesteś? I tysiące innych, bzdurnych pytań! Odpowiadamy na nie, nie zdając sobie sprawy z tego, że tak na prawdę nie mają żadnego znaczenia. Spełniają tylko jedną z podstawowych w komunikacji funkcji – funkcję fatyczną. Ale czy nie lepiej od razu przejść do sedna sprawy i pogadać o na prawdę poważnych sprawach. Świat wielkiej finansjery to nie są sale wykładowe, na których omawia się modelowe przykłady. Wielka finansjera to walka na śmierć, życie, oraz broń palną i białą – wyrzucił z siebie jednym tchem Mundek.
- A ja bym się z tobą nie zgodziła – powiedziała zaczepnie Kurzajka. – Świat wielkiej finansjery to także postępowanie moralnie i etycznie czyste. To mnóstwo fundacji wspierających hospicja, szpitale, domy dziecka, żłobki, schroniska dla zwierząt.
- Masz po części rację, ale tylko po części. Twoje żłobki, hospicja i schroniska dla zwierząt to pralnie brudnego szmalu. Gówno wiecie o polityce, filozofii i zabijaniu.
Dziewczyny milczały.
- No to może po piwku – zaproponowała wreszcie Zofia.
- Pewnie – ucieszyłem się. – Alkohol sprzyja podejmowaniu ważnych decyzji.
- Alkohol łamie największe bariery, sprawia, że świat posuwa się naprzód. Alkohol ma znaczenie wręcz ewolucyjne! – krzyknęła Zofia.
- Mówisz o barierach... Dla mnie i Mundka taką barierą jest wasza, opozycyjna w stosunku do naszej, orientacja seksualna. Zgadzam się więc z tobą Zosiu, że alkohol potrafi łamać największe bariery, ale jak mawiał filozof, „sprawdzajcie namacalnie, a doświadczycie”. Przekonam się o słuszności twojego zdania wyłącznie post factum.
- Ha, ha, - zaśmiała się Zofia. – Słodki jesteś! Ale twoje niedoczekanie... nawet największe chlanie nas nie złamie! Prawda Y?
- Niech sam się przekona!
Piliśmy trzecie piwo i rozmawialiśmy.
- Wasz homoseksualizm zaczyna mnie coraz bardziej kręcić – mówił Mundek do Y, odrzucając wcześniej wstręt do kurzajek.
- A wasz heteroseksualizm, hm, up, coraz bardziej zniechęcać, up – mówiła niewyraźnie Kurzajka.
Po szóstym piwie Zofia siedziała na moich, a Kurzajka na Mundka kolanach.
- Mężczyźni są okrutnie brudni i źli, up – powiedziała Kurzajka. – Mundek, odprowadź mnie do toalety.
- A ty mnie nigdzie nie odprowadzaj, tylko powiedz tak, jak mówiłeś o „Psychocandy”, o tej płycie, która teraz leci.
Miałem szczęście, barman puścił właśnie jedną z moich ulubionych płyt King Crimson – „Three of a perfect pair” - mieszankę popu i starego dobrego progresywnego rocka.
- Lubię się pieprzyć przy tej piosence – powiedziała Zofia i przytuliła do mnie.
- To właśnie kawałek tytułowy.
Nic więcej nie odpowiedziałem, nie zacząłem gry wstępnej. Myślałem o płycie, o tym, że za chwilę ujrzy światło dzienne „Model Man”, piosenka brzmiąca tak, jakby sam David Bowie zastąpił na wokalu Frippa. I ta melodia, przypominająca najwspanialsze okresy rozwoju ludzkości, melodia potrafiąca burzyć mury i zjednywać skłóconych polityków lewicy i prawicy, środka i połowy, początku i końca. Spojrzałem na Zofię. Patrzyła tępo przed siebie.
- Nie martw się, zaraz będzie Sleepless – dodałem kurtuazyjnie.
Nic nie mówiła. Zacząłem więc wypatrywać Mundka, ale ten jakby zapadł się pod ziemię. W końcu chyba jednak Kurzajka wymknęła mu się i teraz cuci ją pod kranem, albo odgarnia włosy, żeby nie wpadły do kibla.
Tak, Mundek był swój chłop, ale bojaźliwy i aż nadto przezorny. Tak nauczyło go życie. W ciągłym strachu o swój los, niepewny śniadania, obiadu czy kolacji, nieustannie na oku policji, tajnego wywiadu, KGB, Interpolu i Instytutu Pamięci Narodowej, nie mógł tak ot, przejść przez życie niezauważony. Do tego permanentny brak miłości – wszystkie te cechy sprawiały, że patrzyłem na niego jak na wzorzec charakteru i siły. Mógłby być równie dobrze bohaterem drugiej piosenki z płyty „Three of a perfect pair”. Ale jak mawiał Henry Chinasky: chuj z nim!
Miałem inny problem. Zofia zasypiała na moim ramieniu, a sukienka podwinęła się jej tak wysoko, że ujrzałem białe majtki... Nie zamierzałem jednak o tym myśleć, gdyż nie mam natury demoralizatora młodzieży, a chcąc być opowiadaczem ciekawych historii dla chłopców, co najmniej na miarę Zbigniewa Nienackiego, nie będę kontynuował tego wątku. Naciągnąłem jej na sukienkę na uda i głaskałem po włosach. Sprawiło jej to przyjemność, więc zaczęła mruczeć. Mruczała i mruczała, a ja dalej głaskałem ją po włosach, a ona mruczała coraz głośniej, aż wreszcie odwróciła się w moją stronę i zaczęliśmy się całować. Czynność ta jest już dozwolona w literaturze dla młodzieży? Nie zamierzałem kontynuować tego wątku, bo powoli zaczęlibyśmy wkraczać w inny przedział wiekowy, a w tym wieku chłopcy nie czytają już książek Nienackiego, ba, nic nie czytają, przeglądają tylko program telewizyjny i gazety ogłoszeniowe, w których szukają okazji na sprzedanie jumanej beemy albo sprowadzonej w ćwiartkach esklasy. Zostałem postawiony między moralnością a fizycznością. Choć Zofia wyglądała cudownie, jej włosy plątały się w moich włosach, to jednak zdecydowałem się na odepchnięcie jej zalotów lub też przełożenie owych na inny termin. Wytłumaczyłem się dziesięcioma kolokwiami i stoma przedterminami, nie wyłączonym żelazkiem, pewną bardzo ważną sprawą, ślubem, narodzinami dziecka, chrztem dziecka, komunią dziecka, ślubem dziecka, narodzinami dziecka dziecka, chrztem dziecka dziecka, komunią dziecka dziecka, ciążą dziecka dziecka, zejściem na drogę mordu i złej sławy męża córki dziecka. Tak, nie miała szans. Musiała spakować swoje klamoty i opuścić lokal. Musiała - nie miała żadnych argumentów.
- Nie mam żadnych argumentów – powiedziała smutna. – Muszę już iść.
- No wiesz, tak wyszło – próbowałem ją jakoś pocieszyć.
- To nasza wina. Zawsze podrywamy na lesbijki. Zawsze skutkowało... ale teraz... tylko Mundek zda egzamin dojrzałości. A ty – będziesz gryzł się ze swoją niedojrzałością do końca życia, opowiadając o Joli, której tłumaczyłeś, dlaczego samolot lata. Ty gnoju! A ja myślałam, że może nie skończyłoby się na tym jednym razie, że może jeszcze kiedyś spotkalibyśmy się! Jestem na ostatnim roku studiów! Czy wiesz, co to znaczy? Znaczy, że niedługo zacznę się kończyć, a na coś, co zaczyna przemijać nikt nawet nie spojrzy!
- Przepraszam – powiedziałem – nie chciałem sprawić ci zawodu. Wiesz, nawet mi się podobasz, jesteś fajna, zgrabna, ładna i oczytana. Ale wiesz... ja mam do spełnienia ważną misję i nie mogę sobie pozwolić na mimowolne uczestnictwo w następnej edycji „Big Brothera”. Ja muszę dawać przykład!
- No dobra – powiedziała w końcu. – Miałam jechać, a się zasiedziałam.
Wytłumaczyła się dziesięcioma kolokwiami i stoma przedterminami, nie wyłączonym żelazkiem, pewną bardzo ważną sprawą, ślubem, narodzinami dziecka, chrztem dziecka, komunią dziecka, ślubem dziecka, narodzinami dziecka dziecka, chrztem dziecka dziecka, komunią dziecka dziecka, ciążą dziecka dziecka, zejściem na drogę mordu i złej sławy męża córki dziecka.
- W takim razie do zobaczenia – ukłoniłem się.
- Do zobaczenia... – uśmiechnęła się i odeszła, zarzucając na ramiona czarny, miękki szal, który był tylko nieistotnym rekwizytem mającym poprawić melodię zdania.

KONIEC