Fikszyn, fikszyn
ZAWSZE OTWIERAJ SWOIM DZIECIOM
Woody Allen przeczytał w jednym z nowojorskich brukowców, że „siłą jego pozornego talentu są okulary w zbyt ostentacyjnych oprawkach”. Co za bzdura – pomyślał – co oni w tych gazetach wypisują. I po co ja je czytam?
Faktycznie: czytał ostatnio dużo tanich brukowców, z których czerpał pomysły na kolejne filmy. Niby nic dziwnego: inspiracji można szukać wszędzie i wszystkimi dostępnymi metodami. Allen jednak wziął sobie do serca uwagę o okularach, a także zabronił Mii przynosić do domu gazety tego typu.
Po kilku dniach poczuł brak. Był to brak bardzo nieokreślony, którego za cholerę nie potrafił sobie wytłumaczyć. I to było w nim najgorsze – niemożność logicznej analizy elementu brakującego. Krzątał się nerwowo po swoim nowojorskim apartamencie, wyciągał z biblioteki książki, których nie czytał, włączał płyty, których nie słuchał, brał niewyobrażalne ilości prozacu i innych antydepresyjnych świństw, od których tracił potencję – seksualną i intelektualną. I nic. Brak zaczynał męczyć go do tego stopnia, że wyłączył się zupełnie z życia towarzyskiego: odwołał spotkanie z Januszem Głowackim, którego uwielbiał, nie odpowiadał na telefony wydawcy, któremu do końca miesiąca miał przedstawić konspekt powieści, a o której fabule nie miał zielonego pojęcia. Allen wypalił się doszczętnie i nie była to jak zwykle przejściowa słabość. Był to fakt, a żeby było śmieszniej, autentyczny, nie fikcyjny.
Woody Allen nie był jednak z tych, co to poddają się bez zaangażowania środków ostatecznych, więc zgodnie z regułą „kropla drąży skałę” krok po kroku dochodził do kłębka. Czego mi brakuje? – pytał i popijał garść tabletek nierozcieńczonym burbonem.
Świadomość elementu brakującego przerodziła się z czasem w podświadomość. Woody Allen już nie myślał o braku, a jednak zapuścił się fizycznie i intelektualnie. Nic go nie cieszyło, zniknął z pierwszych stron gazet. Siedział w swoim nowojorskim apartamencie, popijał prozac burbonem i oglądał ulubione sceny z „Morderstwa na Manhatanie”, które właśnie ukazało się na DVD. Ktoś zapukał do drzwi. Podniósł się ociężale i otworzył drzwi, w których stała jego usynowiona skośnooka córka.
- O! – rzuciła od niechcenia. – Zmieniłeś wreszcie te okropne oprawki?
Woody podbiegł do lustra, uśmiechnął się i tego samego wieczora miał już skończony konspekt powieści, umówione spotkanie z Głowackim, a wszystkie problemy w głębokim poważaniu.
Woody Allen przeczytał w jednym z nowojorskich brukowców, że „siłą jego pozornego talentu są okulary w zbyt ostentacyjnych oprawkach”. Co za bzdura – pomyślał – co oni w tych gazetach wypisują. I po co ja je czytam?
Faktycznie: czytał ostatnio dużo tanich brukowców, z których czerpał pomysły na kolejne filmy. Niby nic dziwnego: inspiracji można szukać wszędzie i wszystkimi dostępnymi metodami. Allen jednak wziął sobie do serca uwagę o okularach, a także zabronił Mii przynosić do domu gazety tego typu.
Po kilku dniach poczuł brak. Był to brak bardzo nieokreślony, którego za cholerę nie potrafił sobie wytłumaczyć. I to było w nim najgorsze – niemożność logicznej analizy elementu brakującego. Krzątał się nerwowo po swoim nowojorskim apartamencie, wyciągał z biblioteki książki, których nie czytał, włączał płyty, których nie słuchał, brał niewyobrażalne ilości prozacu i innych antydepresyjnych świństw, od których tracił potencję – seksualną i intelektualną. I nic. Brak zaczynał męczyć go do tego stopnia, że wyłączył się zupełnie z życia towarzyskiego: odwołał spotkanie z Januszem Głowackim, którego uwielbiał, nie odpowiadał na telefony wydawcy, któremu do końca miesiąca miał przedstawić konspekt powieści, a o której fabule nie miał zielonego pojęcia. Allen wypalił się doszczętnie i nie była to jak zwykle przejściowa słabość. Był to fakt, a żeby było śmieszniej, autentyczny, nie fikcyjny.
Woody Allen nie był jednak z tych, co to poddają się bez zaangażowania środków ostatecznych, więc zgodnie z regułą „kropla drąży skałę” krok po kroku dochodził do kłębka. Czego mi brakuje? – pytał i popijał garść tabletek nierozcieńczonym burbonem.
Świadomość elementu brakującego przerodziła się z czasem w podświadomość. Woody Allen już nie myślał o braku, a jednak zapuścił się fizycznie i intelektualnie. Nic go nie cieszyło, zniknął z pierwszych stron gazet. Siedział w swoim nowojorskim apartamencie, popijał prozac burbonem i oglądał ulubione sceny z „Morderstwa na Manhatanie”, które właśnie ukazało się na DVD. Ktoś zapukał do drzwi. Podniósł się ociężale i otworzył drzwi, w których stała jego usynowiona skośnooka córka.
- O! – rzuciła od niechcenia. – Zmieniłeś wreszcie te okropne oprawki?
Woody podbiegł do lustra, uśmiechnął się i tego samego wieczora miał już skończony konspekt powieści, umówione spotkanie z Głowackim, a wszystkie problemy w głębokim poważaniu.
