Wednesday, August 23, 2006

FIK, FIK, FIK

KAŻDY MA SWOJE HOBBY

W ponurym mieszkaniu czynszowym na poddaszu dziewiętnastowiecznej kamienicy siedział biedny poeta. Jak wynikało z jego rachunków, napisał już pięć tysięcy dwieście trzydzieści dwa wiersze. Z rachunków wynikało także, że zalega za czynsz – trzy miesiące, za gaz – pół roku, i za światło – rok. Żył z minuty na minutę. Mieszkanie było równie obskurne, jak na jednym z obrazów niemieckiego malarza tworzącego w epoce biedermeier - także przedstawiającego pokój poety.
Usłyszał pukanie do drzwi.
Zastanowił się: albo z administracji, albo z gazowni, albo z elektrowni.
Mimo tych przesłanek zdecydował się otworzyć drzwi.
Wstał z łóżka, na którym siedział, ubrał kapcie, zarzucił na ramiona szlafrok, który dostał po innym biednym poecie mieszkającym wcześniej w tym mieszkaniu i podszedł do drzwi.
W drzwiach stał Wieniedikt Jerofiejew z butelką w dłoni. Trząsł się, a z twarzy ciekły kropelki potu. Zza szkła butelki dało się dostrzec podejrzanej proweniencji ciemny płyn.
Zaprosił gościa do środka. Wieniedikt rozejrzał się po pokoju i przycisnął butelkę do piersi. Stali naprzeciw siebie. Biedny poeta i pisarz o zdrowiu zdegradowanym alkoholowymi wynalazkami.
- O! – wskazał ręką na kanapę Wieniedikt – Mogę się zdrzemnąć?
Nie czekając na odpowiedź położył się i usnął. W tym czasie jeszcze kilkakrotnie pukano do drzwi. Gdy Wieniedikt obudził się na ostrym kacu i pociągnął łyk ciemnego płynu, biednego poety już nie było. Pewnie wyszedł po zakupy – pomyślał Wieniedikt – i oddał się pysznej, postkacowej drzemce.

PO JAROCINIE 2006



TRANSMISION
Listen to the silence, let it ring on.
Eyes, dark grey lenses frightened of the sun.
We would have a fine time living in the night,
Left to blind destruction, waiting for our sight.

And we would go on as though nothing was wrong.
And hide from these days we remained all alone.
Staying in the same place, just staying out the time.
Touching from a distance, further all the time.

Dance, dance, dance, dance, dance, to the radio.Dance, dance, dance, dance, dance, to the radio.Dance, dance, dance, dance, dance, to the radio.Dance, dance, dance, dance, dance, to the radio.

zaspiewał Janek Kartis

Tuesday, August 22, 2006

Po Jarocinie 2006















Żadne złoto nie przetrwa
Robert Frost

Złoto jest pierwszą zielenią w Naturze
I jej najtrwalszej barwy stróżem.
Młody liść się w kwiat rozwinie,
Ale tylko na godzinę.
Tak w liść się kurczy liść.
Tak w raju spadły pierwsze łzy.
Świt w dzień już zetlał, żadne złoto nie przetrwa.

Monday, August 21, 2006

FIKSZYN, FIKSZYN

OSIEMNASTOLATKI KOCHAJĄ POMARAŃCZE

Leopold Tyrmand wrócił z randki z osiemnastoletnią uczennicą liceum ogólnokształcącego dla dorosłych i stwierdził, że do jego skromnego mieszkanka w gmachu YMCA włamał się złodziej. Łza zakręciła mu się w oku, bo niby dlaczego on... Dlaczego on musiał paść ofiarą przestępstwa, dlaczego włamali się akurat do jego mieszkania, a nie do mieszkania Tadka Konwickiego albo Zbyszka Herberta. Gdy dał już sobie spokój z żalem, który opanował go doszczętnie, do tego stopnia, że żyć mu się odechciało, przeszedł do oceny strat. Choć w pokoju panował istny, jak to po włamaniu, bałagan, Leopold Tyrmand w okamgnieniu odnajdował wszystkie rzeczy, które uważał za cenne, a które mogły paść łupem złodzieja: wodę po goleniu Old Spice, nienapoczętą ramę Lucky Strików, pół butelki francuskiego wytrawnego wina, a także maszynkę do golenia Gilette i związany sznurkiem rocznik Playboya. To dziwne – pomyślał – nic nie zginęło. Posprzątał rozrzucone rzeczy, poukładał na półkach książki i gdy był już w miarę zadowolony z obrotu sytuacji, przebrał się w pidżamę i położył na łóżku. Nalał sobie jeszcze lampkę czerwonego francuskiego wina i przeczytał dwa artykuły z „Tygodnika Powszechnego”, robiąc przy tym niewielkie notatki.
Rano obudził się w doskonałym humorze. Miał dzisiaj kolejną randkę z osiemnastoletnią uczennicą liceum ogólnokształcącego dla dorosłych. Wziął prysznic, ogolił się i spryskał Old Spicem. Założył wyprasowane w kant spodnie - Naród polski nie Kant, subtelnością rozumowania nikt go jeszcze nie wzruszył – rzucił jedną ze swoich ulubionych sentencji i otworzył szufladę.
Woń Old Spica uleciała, doskonały humor zniknął, zaś na twarzy Leopolda wystąpiły krople zimnego potu. Zamknął szufladę i otworzył jeszcze raz. Potem otworzył drugą, trzecią, wszystkie szafki, szafę, zajrzał pod łóżko i do kosza z brudną bielizną: nie było pomarańczowych skarpet – jedynej pary, w jakiej posiadaniu był, a którą kupił za niebotyczną sumę na Kole. Dziś właśnie miał je ubrać, specjalnie dla osiemnastolatki z liceum ogólnokształcącego dla dorosłych.
Więc po to przyszedł złodziej – krzyknął i załamany usiadł na wersalce. Po chwili ochłonął.
Ubrał w końcu zwykłe, czarne, jak najbardziej polskie skarpety, w jakich zwykł chadzać naród: robotnicy, pracownicy biurowi, pracownicy naukowi, szwacze, szewcy i górnicy. Czuł się doprawdy podle.
A gdy wyszedł na ulicę, nikt zwrócił na niego uwagi. Randki także nie zaliczył do udanych, ponieważ dziewczyna spieszyła się na prywatkę do kolegów z wieczorowego technikum budowlanego.

Wednesday, August 16, 2006

Po spotkaniu promocyjnym "12"



odbył się ładny koncert.

Tuesday, August 15, 2006

FIKSZYN NAMBER EJT

WÓDKA BYŁA NA WYCIĄGNIĘCIE RĘKI

Pewnego razu Marcin Świetlicki odwiedził Andrzeja Stasiuka. Pijąc herbatę z cytryną gadali o planach wydawniczych i planach na życie Wypalili po paczce papierosów. Marcin Świetlicki palił Camele, natomiast Andrzej Stasiuk Mocne. Gdy skończyły się papierosy, zamilkli. Andrzej popatrzył mimochodem na kredens, w którym trzymał butelkę wódki, a na twarzy Marcina pojawił się rumieniec. Nie... – pomyślał Andrzej – obiecałem. Marcin zrobił minę słodkiego misia, jaką zwykł robić, przy kawałku o Henryku Kwiatku.
Kręcili się niespokojnie na krzesłach. Marcin przeszukał kieszenie kurtki, lecz nie znalazł papierosów. Andrzej także przeszukał kieszenie kurtki, a także wszystkie szafki i szuflady, wyłączając wspomniany już kredens. Bez skutku.
Zadzwonił telefon. W słuchawce odezwał się głos Jerzego Pilcha.
- Cześć Andrzej, co robisz na weekend?
- Nie wiem – powiedział Andrzej znudzonym głosem.
- Męczy cię? – rozpracował przyjaciela Jerzy.
- No... – powiedział Andrzej.
- To wydłub...
Andrzej odłożył słuchawkę na widełki. Ściągnął spodnie, potem opuścił majtki i wystawił goły tyłek.
- Wydłub! – rozkazał Marcinowi i podał mu skalpel.
Marcin chwycił narzędzie zbrodni, założył okulary i zbliżył się do tyłka Andrzeja.W tym momencie do pokoju weszła studentka polonistyki, finalizująca swoją pracę magisterską o Stasiuku, i zemdlała.

Friday, August 11, 2006

CO SIĘ STAŁO TEMU PLAŻU, CZĘŚĆ I











CO SIE STAŁO TEMU PLAŻU, CZĘŚĆ II











Nad morzem było bardzo ładnie. Naprawdę.

Wednesday, August 09, 2006


Zieleń po deszczu nawet się wyostrzyła
I wszędzie zaczyna być ładniej, i piękniej

FIKSZYN NAMBER NAMBER

KÓŁKO SIĘ ZAMYKA

Michałowi Aniołowi przyśniło się, że jest aniołem. Niby nic w tym dziwnego – pomyślał – mam w końcu na nazwisko anioł, a moja sztuka uskrzydla całe narody i napawa ich dobrą nowiną, jak by z definicji była anielska. Napił się wody z miodem i począł zastanawiać się, jaki odcień purpury nadać Prorokowi Jeremiaszowi, tak aby dobrze komponował się z żółto-złotą górą wdzianka. Z zadumy wyrwał go sen, który teraz zmaterializował mu się na sztaludze. Miał na niej rozrysowane szkice do Stworzenia Adama. Przetarł oczy, uszczypnął się dwa razy w rękę, oczy zaszły łzami, lecz sen nie znikał ze sztalugi.
No dobra – pomyślał – czego chcesz ode mnie? Zapytał i od razu rozejrzał się, czy aby nikt nie widzi, jak wielki i poważany malarz gada do sztalugi. Sen nie odzywał się; patrzył tylko ślepo na Michała Anioła. Anioł wstał, wyszedł z pracowni i wrócił po godzinie. Popatrzył dyskretnie na sztalugę. Uff – odsapnął – całe szczęście. Faktycznie, sen zniknął, a Michał Anioł uspokoił się i powrócił do rozmyślań nad odcieniem purpury.
Podobny sen nawiedzał Michała Anioła jeszcze kilkakrotnie. Zawsze o tej samej treści – przedstawiał Michała Anioła jako anioła, zaś po przebudzeniu materializował się na sztalugach. Michał Anioł zaczął poważnie się niepokoić, zaś zleceniodawca Stworzenia Adama denerwował się, ponieważ praca nad freskiem przedstawiającym Jeremiesza przedłużała się ponad termin uzgodniony w kontrakcie. W końcu jednak fresk został ukończony, a Michał Anioł wyjechał do Padwy na zasłużony wypoczynek. Kilkaset lat później ekspedycja naukowa z Holandii podała na łamach specjalistycznego pisma zajmującego się obejmującą ponad milion gatunków gromadą stawonogów, iż w 1509 roku, w okolicach kaplicy sekstyńskiej żyły pszczoły, które w wyniku permanentnego obcowania z toksycznymi pigmentami używanymi przez Michała Anioła produkowały miód o właściwościach halucynogennych.

Tuesday, August 08, 2006

ACH TA MODA...

Kelvin Klein był niepocieszony swoim nazwiskiem. Zaczęło się od tego, że projektant w związku z rozszerzeniem działalności na rynek niemiecki zapisał się na kurs języka niemieckiego. Po kilku tygodniach nauki stwierdził, że jego pozycja na tamtejszym rynku może okazać się dużo mniej znacząca, niż na rynku amerykańskim. Ba, stwierdził nawet, że pozycja ta na dłuższą metę może okazać się zgubna dla jego interesów w Ameryce. Chodziło o odbiór, a co przed tym miałoby miejsce, znaczenie jego nazwiska, które było zresztą nazwą firmy, nazwą produktów, za którymi przepadali młodzi, nie do końca zdeklarowani jeśli chodzi o swoje preferencje seksualne młodzi ludzie. W nich – prężnych, wyzwolonych, dużo zarabiających yuppies, którzy w natłoku pracy zapominali o swojej płci, miał najwierniejszych odbiorców. I tego się Kelvin bał. Nie tego, że straci finansowo, nie tego, że z milionera stanie się średniej klasy Amerykanem, nie z tego, że odwrócą się od niego ci, których kocha i szanuje. Chodziło mu o odbiorców jego spodni, koszul, majtek i wód toaletowych, którzy w momencie sukcesywnego wycofywania z rynku towarów i wyprzedaży kolekcji, zupełnie zatracą świadomość choćby nawet owego niezdeklarowania, na poziomie którego zastał ich Kelvin Klein. Był dla nich przystankiem, na którym czekali na swój autobus, który miał ich zawieść do miasta o jednej z dwóch nazw: Deklaracji Homoseksualnej lub Deklaracji Heteroseksualnej. Z tamtych stacji trafiali odpowiednio do Diora, Versacego, Cerrutiego, Chanel itd. A Kelvin był dla nich przystanią, na której dokonywali tego jakże ważnego rozrachunku.
Stąd też Kelvin bardzo się zasmucił, gdy okazało się, że słowo Klein to nic innego jak niemieckie słowo „mały”. Czuł się źle.
Pewnego dnia obudził się z myślą, która sprawiła, że odżył i uwierzył na nowo w swoje zdolności marketingowe. Krzyknął „eureka”!
Następnego dnia zwołano walne zgromadzenie. Przedyskutowano wprowadzenie na rynek niemiecki produktu, lansującego ideę zastąpienie niemieckiego słowa „klein” angielskim słowem „small”. Burza mózgów dała oczekiwane rezultaty. Zdecydowano o produkcji pieluszek o wdzięcznej nazwie small. Tekst reklamy brzmiał mniej więcej tak: myślisz o pieluszkach firmy Small. Uczysz się języków i wiesz zapewne, co oznacza angielskie słowo „small” w twoim ojczystym języku – języku niemieckim. Oznacza nic innego, jak amerykańską markę słynącą z doskonałej jakości niepowtarzalnych ubrań dla młodych i zamożnych ludzi. Pamiętaj o tym, gdy założysz ową pieluszkę na pupcię swojego ukochanego brzdąca.”

I na koniec jeszcze tekst-koda:

„SMALL – wyzwól się językowo i fizjologicznie”

Po dwóch miesiącach, od czasu wprowadzenia produktu na rynek niemiecki, Kelvin otrzymał wyniki sprzedaży. Dowodziły one, że ubrania firmowane jego nazwiskiem cieszą się największą popularnością wśród pracowników naukowych instytutów językoznawstwa. Ci stanowią osiemdziesięciodziewięcioprocentową grupę odbiorców. Wystosowali jednak list do firmy, w którym zwracają się o obniżenie cen za powyższe elementy garderoby, ponieważ szwankuje na tym poważnie ich skromny budżet, który tworzą, zarabiając marne grosze w nierentownych instytutach językoznawczych. Bardzo zdziwiło to Kelvina, bo też nie spodziewał się stworzenia w swoich bazach socjalnych takiej grupy społecznej. Najbardziej jednak zaskoczył go artykuł załączony do dokumentów. Miał tytuł „Yuppies wybrali”. Przedstawione w nim fakty zaszokowały Kleina. Doprowadziły do tego, że zapalił pierwszego od dwóch lat papierosa. Czytał nerwowo: ...z bliżej nieokreślonych przyczyn młodzi Yuppies niemieccy, nie deklarujący dotąd wyraźnego przywiązania do żadnej konkretnej marki, wybierają pieluchy firmy Small. Czyżby kupno tak podstawowego gadżetu dziecięcego, jakim jest pieluszka, oznaczało chęć stabilizacji i zamiar założenia podstawowej komórki społecznej - rodziny? (...) Przekonuje widok młodych, obleczonych w najdroższe garnitury i wyposażonych w laptopy z najszybszymi procesorami ludzi, mknących dumnie ulicami Berlina, Stuttgartu i Frankfurtu, pod pachą dzierżących nic innego, jak paczkę pieluszek Small.”

Sunday, August 06, 2006

Zmiany, zmiany, zmiany

Ileż można robić to samo? Zastanawiała się nad tym Astrid Lingren. Zaczęło się od tego, że na jednym z wieczorów autorskich pewien krytyk znany z ciętego języka zarzucił jej przeinfantylizowanie postaci Lassego w „Dzieciach z Bullerbyn”. Mężczyznę wyproszono z sali, jednak Astrid zaczęła się poważnie zastanawiać nad swoim pisarstwem. Myślała, myślała i w końcu postanowiła zmienić gatunek. Kilka dni i nocy zajęły jej próby nad powieścią podróżniczą, polityczną, wreszcie romansem – bez skutku. W końcu, gdy wycieńczona zasypiała prawie nad laptopem, a kot ziewał przeciągle drapiąc się tylną lewą łapą za uchem, doznała olśnienia. Stwierdziła, że pójdzie w ślady Agaty Christie.
Pierwsza książka wprawiła wydawcę w zdumienie, jednak dostrzegając siłę nazwiska, zdecydował się opublikować „Park przy gimnazjum im. Uwe Leslena”. Mniejsza o to, kim był Uwe Leslen, ważne było to, że książka zrobiła furorę. Następne powieści posypały się w tempie zastraszającym: „Żłobek nadziei”, „Nie otwieraj klaunowi”, „Zdumienie przedszkolaka”, „Podmiana na oddziale noworodków” czy wreszcie „Wredna higienistka” sprawiły, że Astrid Lingren stała się najbardziej znaną pisarką skandynawską na świecie, a jej wydawca – najbogatszym Skandynawem w całej Skandynawii. „Wredna higienistka” znalazła się na pierwszym miejscu w czytelni więzienia stanowego w Oslo, „Zdumienie przedszkolaka” upodobali sobie wychowankowie domu poprawczego w Helsinkach, zaś „Żłobek nadziei” był najbardziej zniszczonym egzemplarzem w bibliotece ośrodka dla młodych matek w Stockholmie. A nasza poczciwa Astrid Lingren... dużo by opowiadać. Zaszyła się w neogotyckim zamku na wyspie Ulm, a ze światem kontaktowała się za pomocą internetu i telefonu komórkowego. Ale świat i tak nie chciał umówić się z nią na wywiad.