Kelvin Klein był niepocieszony swoim nazwiskiem. Zaczęło się od tego, że projektant w związku z rozszerzeniem działalności na rynek niemiecki zapisał się na kurs języka niemieckiego. Po kilku tygodniach nauki stwierdził, że jego pozycja na tamtejszym rynku może okazać się dużo mniej znacząca, niż na rynku amerykańskim. Ba, stwierdził nawet, że pozycja ta na dłuższą metę może okazać się zgubna dla jego interesów w Ameryce. Chodziło o odbiór, a co przed tym miałoby miejsce, znaczenie jego nazwiska, które było zresztą nazwą firmy, nazwą produktów, za którymi przepadali młodzi, nie do końca zdeklarowani jeśli chodzi o swoje preferencje seksualne młodzi ludzie. W nich – prężnych, wyzwolonych, dużo zarabiających yuppies, którzy w natłoku pracy zapominali o swojej płci, miał najwierniejszych odbiorców. I tego się Kelvin bał. Nie tego, że straci finansowo, nie tego, że z milionera stanie się średniej klasy Amerykanem, nie z tego, że odwrócą się od niego ci, których kocha i szanuje. Chodziło mu o odbiorców jego spodni, koszul, majtek i wód toaletowych, którzy w momencie sukcesywnego wycofywania z rynku towarów i wyprzedaży kolekcji, zupełnie zatracą świadomość choćby nawet owego niezdeklarowania, na poziomie którego zastał ich Kelvin Klein. Był dla nich przystankiem, na którym czekali na swój autobus, który miał ich zawieść do miasta o jednej z dwóch nazw: Deklaracji Homoseksualnej lub Deklaracji Heteroseksualnej. Z tamtych stacji trafiali odpowiednio do Diora, Versacego, Cerrutiego, Chanel itd. A Kelvin był dla nich przystanią, na której dokonywali tego jakże ważnego rozrachunku.
Stąd też Kelvin bardzo się zasmucił, gdy okazało się, że słowo Klein to nic innego jak niemieckie słowo „mały”. Czuł się źle.
Pewnego dnia obudził się z myślą, która sprawiła, że odżył i uwierzył na nowo w swoje zdolności marketingowe. Krzyknął „eureka”!
Następnego dnia zwołano walne zgromadzenie. Przedyskutowano wprowadzenie na rynek niemiecki produktu, lansującego ideę zastąpienie niemieckiego słowa „klein” angielskim słowem „small”. Burza mózgów dała oczekiwane rezultaty. Zdecydowano o produkcji pieluszek o wdzięcznej nazwie small. Tekst reklamy brzmiał mniej więcej tak: myślisz o pieluszkach firmy Small. Uczysz się języków i wiesz zapewne, co oznacza angielskie słowo „small” w twoim ojczystym języku – języku niemieckim. Oznacza nic innego, jak amerykańską markę słynącą z doskonałej jakości niepowtarzalnych ubrań dla młodych i zamożnych ludzi. Pamiętaj o tym, gdy założysz ową pieluszkę na pupcię swojego ukochanego brzdąca.”
I na koniec jeszcze tekst-koda:
„SMALL – wyzwól się językowo i fizjologicznie”
Po dwóch miesiącach, od czasu wprowadzenia produktu na rynek niemiecki, Kelvin otrzymał wyniki sprzedaży. Dowodziły one, że ubrania firmowane jego nazwiskiem cieszą się największą popularnością wśród pracowników naukowych instytutów językoznawstwa. Ci stanowią osiemdziesięciodziewięcioprocentową grupę odbiorców. Wystosowali jednak list do firmy, w którym zwracają się o obniżenie cen za powyższe elementy garderoby, ponieważ szwankuje na tym poważnie ich skromny budżet, który tworzą, zarabiając marne grosze w nierentownych instytutach językoznawczych. Bardzo zdziwiło to Kelvina, bo też nie spodziewał się stworzenia w swoich bazach socjalnych takiej grupy społecznej. Najbardziej jednak zaskoczył go artykuł załączony do dokumentów. Miał tytuł „Yuppies wybrali”. Przedstawione w nim fakty zaszokowały Kleina. Doprowadziły do tego, że zapalił pierwszego od dwóch lat papierosa. Czytał nerwowo: ...z bliżej nieokreślonych przyczyn młodzi Yuppies niemieccy, nie deklarujący dotąd wyraźnego przywiązania do żadnej konkretnej marki, wybierają pieluchy firmy Small. Czyżby kupno tak podstawowego gadżetu dziecięcego, jakim jest pieluszka, oznaczało chęć stabilizacji i zamiar założenia podstawowej komórki społecznej - rodziny? (...) Przekonuje widok młodych, obleczonych w najdroższe garnitury i wyposażonych w laptopy z najszybszymi procesorami ludzi, mknących dumnie ulicami Berlina, Stuttgartu i Frankfurtu, pod pachą dzierżących nic innego, jak paczkę pieluszek Small.”