Wednesday, July 19, 2006

FIKCJA NAMBER FAJF

BYĆ JAK TATA

Andrzej Lepper w wyniku beznadziejnych nastrojów społecznych został prezydentem. Zmieszany nieco swoją nową rolą wprowadził się z rozpromienioną do granic możliwości żoną do nowego domu, po którym snuli się jego najwięksi wrogowie polityczni i ideologiczni. Z tego też powodu kazał wymienić wszystkie meble, ściągnąć obrazy i spalić dywany, gdyż nie wyobrażał sobie sytuacji, że mógłby chodzić po nich boso. Żona tańczącym krokiem przemierzała korytarze Belwederu, śpiewała wiejskie piosenki i zapraszała koleżanki na kawę a także małe co nie co.
Polepszyło im się. Nie musieli płacić czynszu, a prąd, gaz i telefon mieli za darmo...
Andrzej siedział smutny w gabinecie; zasępionym wzrokiem patrzył w okno. Przez chwilę nawet jego twarz wyglądała dość inteligentnie, lecz gdy tylko chrząknął, iluzoryczny efekt prysł, niczym piękny sen.
Andrzej tęsknił. Za dawnymi czasami, gdy hulał po wsiach i organizował blokady, gdy wysypywał zboże z wagonów i prowadził antyunijne demonstracje. W końcu, gdy pozwalał sobie na jedno, dwa, góra trzy publiczne znieważenia tygodniowo i nie martwił się o konsekwencje.
- O, młodości – westchnął – czemu odeszłaś tak szybko, czemu?
Łza zakręciła się w oku i spłynęła po czerwonym policzku Andrzeja.
Czas się zbierać – pomyślał – cholerne spotkanie w Łazienkach.
Nienawidził spotkań. Nie to, że czuł się na nich nieswój, albo nie miał nic do powiedzenia. Gadane to miał zawsze, więc nawet z profesorami z PAN-u rozumiał się doskonale. Problem tkwił w czym innym. Po prostu nie chciało mu się. Był już stary. Marzył wyłącznie o drinku z coli i dobrym filmie. A tu jakieś spotkania, wiece... W pewnym momencie zrobiło mu się nawet żal Kwaśniewskiego, że musiał przez to wszystko przechodzić, ale szybko odrzucił od siebie tę dziwną myśl.
Żona już czekała z wyprasowaną koszulą. Patrzyła, jak zwykle z nieukrywanym zachwytem na męża, i widziała go w jeszcze innej roli, ale wolała pozostawić tę projekcję wyłącznie dla siebie.
W końcu Andrzej był gotowy do wyjścia. Pożegnał się z żoną, chciał jeszcze uściskać synka, ale ten przemknął tylko przed nim, uśmiechając się porozumiewawczo do taty.
Wyszedł przed Belweder, gdzie stała zaparkowana Lancia, którą zwykł poruszać się po mieście. Bramy Belwederu okupowali turyści i gapie, a także mnóstwo fotoreporterów. Andrzej widział szkła obiektywów skierowane w swoim kierunku, lecz nie przejmował się. Był już na wszystkich okładkach polskiej prasy. Wielokrotnie.
Westchnął.
W tym momencie podszedł do niego zdenerwowany kierowca.
- Nie możemy jechać! Ktoś założył blokadę na koło. Cholera! Nawet tu nie można czuć się bezpiecznie!
Andrzejowi słońce zaświeciło w sam środek jego czerwonej twarzy. Był podwójnie szczęśliwy.

O hipisach















Roman Giertych wykazał się - po raz kolejny. W wywiadzie dla „Wprost”: „Znam wielu działaczy Młodzieży Wszechpolskiej, którzy byli hipisami i nosili dredy”.



Podsumujmy: znasz wiele słowników, w których nie możesz znaleźć szukanych definicji.



O słownikach

Koleżanka miała na imię Jasia i pochodziła z tej samej, co Halinka wsi.
- Jesteśmy z jednej wsi - powiedziała na przywitanie i uścisnęła mi dłoń - A ty, skąd jesteś?
- Jest everymenem - powiedziała Halinka i popatrzyła na mnie jak na zdobycz.
- Kim? - zapytała Jasia
- Everymenem - powtórzyła Halinka.
- Kto to jest? - zapytała Jasia.
- Nie wiem, sprawdź w słowniku.
- W jakim? - zapytała Jasia.
- No jak to, w jakim, w słowniku, normalnym.
- Dobrze - powiedziała Jasia i wzięła z półki słownik.
Staliśmy tak i patrzyliśmy na siebie z zainteresowaniem. Halinka miała krągłe piersi i głęboki dekolt. Czułem, że robi mi się gorąco.
- Gdzie się patrzysz, hi, hi, hi, gdzie się patrzysz? – pisnęła Halinka.
Zakwalifikowałem to pytanie jako niewymagające odpowiedzi pytanie retoryczne.
- Niestety nie ma - smutna Jasia odłożyła na półkę słownik ortograficzny.

Tuesday, July 18, 2006

Fikcja namber for

DIABELSKIE PISARSTWO
Charles Bukowski miał problem z piciem. Nie to, że pił za dużo: picie sprawiało mu przecież radość, było akumulatorem pomysłów i gwarancją dobrego samopoczucia. Szkopuł tkwił w tym, że Charles nie mógł już pić takich ilości jak dawniej. Dziesięć piw i butelka whisky były kiedyś normą. Dopiero wtedy odczuwał swój cały potencjał. Rano budził się na ostrym kacu, ale z jaką satysfakcją: piętnaście stron i ani jednej poprawki. Tylko zanosić do wydawcy...Lata mijały, a Charles pił coraz mniej. Czasem dochodziło do takich sytuacji, że wręcz zmuszał się do picia. Uważał, że nieświadomie zbudował w sobie blokadę alkoholową i próbował ją przepić. Kończyło się to zazwyczaj tragicznie – albo nie zdążył donieść pawia do kibla, albo po prostu nie próbował go tam donosić. Zrozpaczony rzygał pod siebie, przez co wszystkie spodnie i koszule miał zniszczone. Czytelnicy przestali odwiedzać zaniedbanego pisarza, choć on nie czuł się opuszczony.Co robić? Co ze mną będzie? Czy długo jeszcze potrwa ten stan alkoholowej awersji? Koniec, koniec – krzyczał przez sen, widząc siebie tonącego w hektolitrach alkoholu.Jeszcze do niedawna wierzył, że życie ma sens. Teraz wycofał się zupełnie z tego przekonania, gdyż uważał, że na chwilę obecną sczezł. Zdziwiło go niezmiernie to słowo, co także położył na karb swojego beznadziejnego stanu.Niedobry stan Charlesa odbił się także na kondycji wydawcy, który już od wielu miesięcy nie dostał nawet krótkiego opowiadania. Sytuacja była fatalna, ponieważ książki Bukowskiego stanowiły o sile tego wydawnictwa – dzięki nim można było inwestować w młode talenty i płacić redaktorom pensje.Bukowski zauważył także, że zaczął tyć. O nie! – krzyknął, stojąc nagi przed lustrem – tego już za wiele!Poszedł do sklepu, kupił dziesięć piw, jedną butelkę whisky. Gdy wracał do domu, zauważył, że poprawił mu się nastrój. Ostatnia szansa – pomyślał – jeśli dzisiejszego wieczora nie wleję w siebie tego wszystkiego, kończę z sobą, definitywnie. Albo chlanie, albo szubienica. Przeszły mu co prawda ciarki po plecach, ale co tam – nie można żyć wbrew sobie i swojemu organizmowi. Nie można! Trzeba żyć tak, jak chce się żyć, a nie tak, jak się wydaje, że żyć trzeba.Wrócił do domu i zaczął. Pił powoli, delektując się każdym łykiem. Do czwartego piwa szło mu dobrze. Przy piątym poczuł odruch wymiotny, lecz przezwyciężył go, biorąc kilka głębokich oddechów. Dobrnął do dziewiątej butelki i poszedł do kibla. Złoty strumień płynął blisko minutę.Wrócił do pokoju i wypił dziesiąte piwo.Beknął basowo i popatrzył z radością na whisky.No, nieźle – pomyślał – czyżbym wracał do normy?Sięgnął po butelkę... Lecz ta, gdy była przy jego ustach, wyślizgnęła się z dłoni i spadła na podłogę, tłukąc się w drobny mak. Chciał ratować alkohol, zlizać z podłogi, lecz pokaleczył sobie język. Chciał iść do sklepu po nową butelkę, lecz stwierdził, że znajduje się w poczwórnej rzeczywistości i za cholerę nie mógł trafić w jedne z czworga drzwi. Położył się na więc na jednym z czterech łóżek, jak się później okazało własciwym, i zasnął.Rano obudził się na ostrym kacu, a obok siebie zobaczył gruby plik kartek. Przejrzał pobieżnie stronę po stronie, naniósł kilka poprawek, a książka pt. „Faktotum” ukazała się miesiąc później.Do końca życia uważał to za najbardziej niesamowity przypadek w jego pisarskiej karierze. Zapytana przez dziennikarza „Literatury” sąsiadka Charlesa, nie wspomina najlepiej tamtej nocy: stukot maszyny był głośniejszy niż zwykle, a gwar jaki dochodził z jego pokoju, aż strach pomyśleć, brzmiał piekielnie!

Składanki






Jest tyle składanek, które chciałbym nagrać. Tymczasem robię okładki;) Również do płyt już nagranych...

Monday, July 17, 2006

FIKCJA NAMBER 3:

GDYBY DENIS DIDEROT ŻYŁ W DWUDZIESTYM WIEKU, JEŹDZIŁBY NA GAPĘ

Profesor Władysław Kopaliński popadł w tarapaty finansowe. Na skutek spekulacji giełdowych wnuka Zygmunta i wnuczki Leokadii stracił wszystkie pieniądze otrzymane za słowniki. Sprzedał także prawa autorskie.
Pewnego słonecznego popołudnia wsiadł do tramwaju i jechał na gapę do Markotu na obiad. Wierzył, że uda mu się, tym bardziej, że do przejechania miał tylko jeden przystanek. Pech chciał, że w wagonie byli już kontrolerzy. Gruby, pryszczaty kontroler zapisał w swoim notesiku „Władysław Kopaliński” i delikatnie dał profesorowi do zrozumienia, że pięć złotych może załatwić sprawę. Profesor nie miał jednak przy sobie ani grosza, więc kontroler zdenerwował się, zapisał dane gapowicza na blankiecie i niepocieszony wyszedł z tramwaju.
Następnego dnia profesor pożyczył od Jerzego Bralczyka osiemdziesiąt złotych i kupił bilet miesięczny na okaziciela. Jeździł całymi dniami i obserwował kontrolerów: zapisywał, jakimi liniami jeżdżą i w jakich godzinach. Z czasem dorobił się dokładnego grafiku wszystkich warszawskich kontrolerów: doskonała pamięć wzrokowa pozwoliła mu na kojarzenie twarzy z liniami, godzinami i dniami tygodnia. Sobie tylko znanymi sposobami przedarł się do ich życia prywatnego, poznał zwyczaje i stosunki panujące w ich rodzinach. Wiedział, że córka kontrolera Z1 jeżdżącego linią A w piątki od godziny ósmej do jedenastej, ale oprócz ostatniego piątku w miesiącu, spodziewa się dziecka z instruktorem aerobiku i że rozwiązanie nastąpi około dwunastego lipca. Wiedział, że kontroler C4 z linii 126, ale tylko do przedostatniego przystanku przed pętlą, ponieważ wisi dwie dychy pracującemu tam inspektorowi ruchu, ma kredyt w Santanderze na kwotę dwudziestu tysięcy, za który kupił Golfa Czwórkę, a w którym nawalają przednie amortyzatory. I tak dalej.
W końcu miesiąc dobiegł końca. Skończył się także bilet miesięczny kupiony za pieniądze pożyczone od Jerzego Bralczyka. Profesor Kopaliński przyjął ten fakt jak wyzwanie. Bez ważnego biletu wsiadł do pierwszego tramwaju, który nadjechał, i wytężył wzrok. Na drugim siedzeniu po prawej stronie siedział kontroler GG8. Profesor poczuł dreszczyk emocji.
Zaczęła się kontrola biletów. Kontroler GG8 podszedł do profesora, prosząc o bilet.
- Dziś mamy piątek, godzinę jedenastą dziesięć, nieprawdaż – zaczął profesor – czy nie powinien pan być od dziesięciu minut w sądzie, gdzie wystąpi pan w roli świadka, w sprawie przeciwko Zenobii Kurdziel oskarżonej o kradzież z altany przy ulicy Działkowej dziesięciu słoików kompotów truskawkowych, a tak między nami nalewki truskawkowej rocznik 1998?
- O kurwa! – krzyknął kontroler. – Na śmierć zapomniałem. Po czym odstąpił od obowiązków służbowych i na najbliższym przystanku wybiegł z tramwaju.

Friday, July 14, 2006








"Walczysz dotąd, dopóki przeciwnik napiera"
FIKCJA NAMBER TU:

NIE MA SIĘ CO SPIESZYĆ
Michał Wiśniewski z „Ich Troje” po wydaniu czternastej płyty dojrzał psychicznie i postanowił się zmienić. Na dwa tygodnie wyjechał do Kalifornii, gdzie przeszedł serię kuracji odmładzająco-upiększających. Pozbył się siedemdziesięciu dwóch kolczyków, zlikwidował tatuaże i kazał sobie odessać tłuszcz. Zmył makijaż, obciął paznokcie, włosy i przywrócił ich naturalny kolor. Uśmiał się serdecznie, gdy okazało się, że jego włosy są rude niczym u Micka Hucknalla z Simply Red. Okazało się także, że jest całkiem przystojnym chłopcem o miłej aparycji, za którym oglądają się nawet Kalifornijki jeżdżące całymi dniami na łyżworolkach po promenadach słonecznych plaż wybrzeża. Czuł się na tyle dobrze ze swoim nowym imejdżem, że po powrocie do Polski postanowił nawiązać kontakt z czołowymi muzykami sceny pop-dance.
Napisał dwieście dwadzieścia trzy listy, m.in. do Kaji Paschalskiej, Krzysztofa Krawczyka, K.A.S.Y Kasowskiego, Norbiego i Gorana Bregovica. Niestety – dranie nie potwierdziły nawet odbioru przesyłek.
Pieniądze na koncie zaczęły topnieć, przyjaciele odwrócili się, a fani już dawno przestali słuchać muzyki. Michał Wiśniewski popadł w marazm twórczy.
Mijały lata. Michał zapuścił wąsy i przytył. Spędzał czas na oglądaniu telewizji i czytaniu ambitnej prozy w stylu Celine lub Musil, z której jednak nic nie rozumiał. Litery przesuwały się wolno przed otępiałym wzrokiem, a Michał zdawał się przeżywać swój najbardziej haniebny okres w życiu.
W końcu postanowił z tym skończyć. Odłożył na półkę „Śmierć na kredyt”, połknął dwadzieścia cztery tabletki nasenne i popił sokiem z marchwi.
Gdy jego serce wchodziło powoli w stan boskiego spoczynku, zadzwonił telefon. Po trzech sygnałach odezwała się automatyczna sekretarka z niezmienionym od lat komunikatem: „Cześć! Tu Michaś! Nie martw się, nie jesteś sam, jesteś panem swych snów! Zostaw mesedż, a na pewno oddzwonię po powrocie z koncertu.”
- Dzień dobry Michasiu – odezwał się głos wiecznie młodej Majki Jeżowskiej – promykiem sierpniowego słońca wita cię Maja. Nagrywam dla Polsatu program pt. „Kup dzieciaka za tysiaka”. Mam w związku z tym propozycję. Odezwij się – byeeee...

Thursday, July 13, 2006

FIKCJA NAMBER ŁAN:

TO BYŁA ISKIERKA NADZIEI

Akcje Radia „Maryja” zaczęły spadać na łeb, na szyję. Złożyło się na to wiele czynników, między innymi zupełny brak zainteresowania wiarą, którą zastąpił internet i dwustudwudziestokanałowa telewizja w języku polskim. Ludzie mieli telewizory nawet w lusterkach samochodów, więc z dnia na dzień uzależniali się coraz bardziej od obrazu ruchomego, odsuwając do lamusa przekaz opierający się wyłącznie na komunikacie werbalnym. Ksiądz dyrektor Tadeusz Rydzyk zdawał się przyjąć tę wiadomość z tzw. stoickim spokojem i tylko w wieczornych modlitwach żalił się na swoją niedolę i niesprawiedliwość, jakiej człowiek w życiu ziemskim musi doświadczać. Choć po wieloletnich staraniach otrzymał w końcu ogólnopolską koncesję, nikt go już nie słuchał. Polska dawno była w Unii, więc antyunijna propaganda okazała się wołaniem na puszczy. Co gorsze: zmniejszenie słuchalności fatalnie odbiło się na finansach radia. Nie przychodziły już koperty z dziesięciozłotowymi banknotami od biednych emerytek, ani czeki od polonii amerykańskiej. Ojciec dyrektor Tadeusz Rydzyk stwierdził, że jego czas na ziemskim padole dobiegł końca i, chcąc nie chcąc zaczął przygotowywać się na odejście do świata wiecznego.
Z zamysłu wyrwał go dźwięk faksu. Ksiądz podszedł do urządzenia, myśląc, że to kolejne upomnienie za niezapłacone rachunki czy coś w tym rodzaju. A jednak nie: był to list zapraszający księdza słynącego z ogromnego talentu medialnego do Telewizji Polskiej - Program Pierwszy, w celu poprowadzenia bloku programów katolickich dla zdegradowanej ponowoczesnością młodzieży. Sprawa była już załatwiona na szczeblu Episkopatu Polski, ksiądz musiał tylko zjawić się i dogadać co do szczegółów. List był podpisany przez prezesa Telewizji Polskiej.
Nie zastanawiając się długo, ksiądz dyrektor odpalił nie używanego od miesiąca Nissana Maximę 3000 V6 i w te pędy ruszył do Warszawy. W gmachu telewizji pokazał prezesowi faks. Ten obejrzał pod światło pismo niczym Sherlock Holmes jedyny dowód zbrodni, po czym popatrzył na księdza dyrektora i uśmiał się do łez. A śmiał się tak długo, że wylądował w końcu z podejrzeniem przepukliny na oddziale intensywnej terapii szpitala im. Zbigniewa Religi przy ul. Kaczyńskich.