FIKCJA NAMBER FAJF
BYĆ JAK TATA
Andrzej Lepper w wyniku beznadziejnych nastrojów społecznych został prezydentem. Zmieszany nieco swoją nową rolą wprowadził się z rozpromienioną do granic możliwości żoną do nowego domu, po którym snuli się jego najwięksi wrogowie polityczni i ideologiczni. Z tego też powodu kazał wymienić wszystkie meble, ściągnąć obrazy i spalić dywany, gdyż nie wyobrażał sobie sytuacji, że mógłby chodzić po nich boso. Żona tańczącym krokiem przemierzała korytarze Belwederu, śpiewała wiejskie piosenki i zapraszała koleżanki na kawę a także małe co nie co.
Polepszyło im się. Nie musieli płacić czynszu, a prąd, gaz i telefon mieli za darmo...
Andrzej siedział smutny w gabinecie; zasępionym wzrokiem patrzył w okno. Przez chwilę nawet jego twarz wyglądała dość inteligentnie, lecz gdy tylko chrząknął, iluzoryczny efekt prysł, niczym piękny sen.
Andrzej tęsknił. Za dawnymi czasami, gdy hulał po wsiach i organizował blokady, gdy wysypywał zboże z wagonów i prowadził antyunijne demonstracje. W końcu, gdy pozwalał sobie na jedno, dwa, góra trzy publiczne znieważenia tygodniowo i nie martwił się o konsekwencje.
- O, młodości – westchnął – czemu odeszłaś tak szybko, czemu?
Łza zakręciła się w oku i spłynęła po czerwonym policzku Andrzeja.
Czas się zbierać – pomyślał – cholerne spotkanie w Łazienkach.
Nienawidził spotkań. Nie to, że czuł się na nich nieswój, albo nie miał nic do powiedzenia. Gadane to miał zawsze, więc nawet z profesorami z PAN-u rozumiał się doskonale. Problem tkwił w czym innym. Po prostu nie chciało mu się. Był już stary. Marzył wyłącznie o drinku z coli i dobrym filmie. A tu jakieś spotkania, wiece... W pewnym momencie zrobiło mu się nawet żal Kwaśniewskiego, że musiał przez to wszystko przechodzić, ale szybko odrzucił od siebie tę dziwną myśl.
Żona już czekała z wyprasowaną koszulą. Patrzyła, jak zwykle z nieukrywanym zachwytem na męża, i widziała go w jeszcze innej roli, ale wolała pozostawić tę projekcję wyłącznie dla siebie.
W końcu Andrzej był gotowy do wyjścia. Pożegnał się z żoną, chciał jeszcze uściskać synka, ale ten przemknął tylko przed nim, uśmiechając się porozumiewawczo do taty.
Wyszedł przed Belweder, gdzie stała zaparkowana Lancia, którą zwykł poruszać się po mieście. Bramy Belwederu okupowali turyści i gapie, a także mnóstwo fotoreporterów. Andrzej widział szkła obiektywów skierowane w swoim kierunku, lecz nie przejmował się. Był już na wszystkich okładkach polskiej prasy. Wielokrotnie.
Westchnął.
W tym momencie podszedł do niego zdenerwowany kierowca.
- Nie możemy jechać! Ktoś założył blokadę na koło. Cholera! Nawet tu nie można czuć się bezpiecznie!
Andrzejowi słońce zaświeciło w sam środek jego czerwonej twarzy. Był podwójnie szczęśliwy.
Andrzej Lepper w wyniku beznadziejnych nastrojów społecznych został prezydentem. Zmieszany nieco swoją nową rolą wprowadził się z rozpromienioną do granic możliwości żoną do nowego domu, po którym snuli się jego najwięksi wrogowie polityczni i ideologiczni. Z tego też powodu kazał wymienić wszystkie meble, ściągnąć obrazy i spalić dywany, gdyż nie wyobrażał sobie sytuacji, że mógłby chodzić po nich boso. Żona tańczącym krokiem przemierzała korytarze Belwederu, śpiewała wiejskie piosenki i zapraszała koleżanki na kawę a także małe co nie co.
Polepszyło im się. Nie musieli płacić czynszu, a prąd, gaz i telefon mieli za darmo...
Andrzej siedział smutny w gabinecie; zasępionym wzrokiem patrzył w okno. Przez chwilę nawet jego twarz wyglądała dość inteligentnie, lecz gdy tylko chrząknął, iluzoryczny efekt prysł, niczym piękny sen.
Andrzej tęsknił. Za dawnymi czasami, gdy hulał po wsiach i organizował blokady, gdy wysypywał zboże z wagonów i prowadził antyunijne demonstracje. W końcu, gdy pozwalał sobie na jedno, dwa, góra trzy publiczne znieważenia tygodniowo i nie martwił się o konsekwencje.
- O, młodości – westchnął – czemu odeszłaś tak szybko, czemu?
Łza zakręciła się w oku i spłynęła po czerwonym policzku Andrzeja.
Czas się zbierać – pomyślał – cholerne spotkanie w Łazienkach.
Nienawidził spotkań. Nie to, że czuł się na nich nieswój, albo nie miał nic do powiedzenia. Gadane to miał zawsze, więc nawet z profesorami z PAN-u rozumiał się doskonale. Problem tkwił w czym innym. Po prostu nie chciało mu się. Był już stary. Marzył wyłącznie o drinku z coli i dobrym filmie. A tu jakieś spotkania, wiece... W pewnym momencie zrobiło mu się nawet żal Kwaśniewskiego, że musiał przez to wszystko przechodzić, ale szybko odrzucił od siebie tę dziwną myśl.
Żona już czekała z wyprasowaną koszulą. Patrzyła, jak zwykle z nieukrywanym zachwytem na męża, i widziała go w jeszcze innej roli, ale wolała pozostawić tę projekcję wyłącznie dla siebie.
W końcu Andrzej był gotowy do wyjścia. Pożegnał się z żoną, chciał jeszcze uściskać synka, ale ten przemknął tylko przed nim, uśmiechając się porozumiewawczo do taty.
Wyszedł przed Belweder, gdzie stała zaparkowana Lancia, którą zwykł poruszać się po mieście. Bramy Belwederu okupowali turyści i gapie, a także mnóstwo fotoreporterów. Andrzej widział szkła obiektywów skierowane w swoim kierunku, lecz nie przejmował się. Był już na wszystkich okładkach polskiej prasy. Wielokrotnie.
Westchnął.
W tym momencie podszedł do niego zdenerwowany kierowca.
- Nie możemy jechać! Ktoś założył blokadę na koło. Cholera! Nawet tu nie można czuć się bezpiecznie!
Andrzejowi słońce zaświeciło w sam środek jego czerwonej twarzy. Był podwójnie szczęśliwy.







